Przyszedł czas na bardzo ciężki temat! SUKNIA ŚLUBNA.

Chyba nigdy nie miałam wymarzonej sukni ślubnej dla siebie. Podobało mi się wiele modeli, ale od zawsze wiedziałam, że moja sylwetka na wiele mi nie pozwoli. Nigdy jednak nie sądziłam, że nie będzie mi dane ich zmierzyć, bo nie pozwoli na to sklepowa rozmiarówka! CO WIĘCEJ I TRAGICZNIEJ prawie nic nie udało mi się zmierzyć, ponieważ moje 175 cm wzrostu w rozmiarze 42 z dużym biustem było właściwie nie do wsadzenia w jakąkolwiek suknie. I uwierzcie mi, gdybym była choć trochę słabsza, gdyby mama całe życie nie budowała mojej pewności siebie (dzięki, mamo!), to uwierzyłabym tym sklepom, tym projektantom, że jestem za gruba aby wziąć ślub! Oczywiście, w każdym z salonów w którym byłam, mówiłam o tym głośno i chyba najbardziej mnie rozczuliła Pani w salonie Madonna, która opowiadała mi o swoim wstydzie kiedy musi dziewczynie w rozmiarze 46 przynieść Z ZAPLECZA suknie ślubną (tak która jest tak brzydka, ze nie może wisieć na salonie). To właśnie ta Pani nakłoniła mnie abym o tym napisała, ponieważ ponoć dziewczyny tego nie zgłaszają więc projektanci nie dostrzegają problemu. Trochę się nie dziwię bo pewnie pisząc na facebooku w opinii salonu „nie znalazłam sukni dla siebie ponieważ rozmiarówka kończy się na 38” bardzo łatwo w dzisiejszym życzliwym internecie przeczytać to jako „jestem gruba, więc sama sobie winna„. A to serio nie chodzi o to czy jest się grubym, czy wysokim, czy ma się duży biust, czy duże biodra Każda kobieta ma tak inne ciało, że na prawdę wciąż nie mogę wymyślić dlaczego w salonie nie znajdą się większe suknie, które ewentualnie można poupinać pod każdą sylwetkę. Czy to nie jest tak, że wszystkie dziewczyny zasługują na piękne kreacje? 

Wiecie, czemu mnie to tak wkurza? Uważam, że rytuał wyboru sukni ślubnej powinien być dobra zabawa (chciałam najpierw napisać, że jest ważny, ale nie jest, jest po prostu fajny). Zaprosiłam swoją Mamę, która przyjechała do mnie 300km, aby zrobić sobie babski fajny dzień, wczuć się w rolę Panny MłodejWiecie, celebrować to, że wychodzę za mąż (taki trochę wieczór panieński ale matka-córka), napić się szampana o 11:00 i wydać trochę pieniędzy. A jaka była rzeczywistość?

W 7 salonach na ulicy Jaracza w Łodzi nie znalazłyśmy żadnej sukienki, która by na mnie jako tako dobrze leżała,wszędzie dramatycznie spłaszczone cycki, wszędzie jakby baleronik wciśnięty w kieckę po siostrze (wizualizuje sobie że młodszej, nie chudszej) Chyba największym dramatem była wizyta u Agaty Wojtkiewicz, której filozofia ślubu i suknie totalnie mi się podobają i bardzo się z nimi utożsamiam, jednak tam nawet nie było mowy o tym aby jakakolwiek z nich przeszła przez moje biodra. Ostatecznie zmierzyłam suknię Be Bonny, której również nie było w moim rozmiarze ale na potrzeby przymiarki projektantka poupinała kilka kawałków materiałów tak aby przypominała moją wymarzoną suknię. Ostatecznie nie kupiłam jej, bo kiedy masz zapłacić za suknię ślubną pięć tysięcy złotych, to nie kupujesz tylko sukni, ale też całą tę otoczkę którą oferuje Ci projektant. Poza tym suknie zakłada się RAZ, a nie chciałabym kupować kota w worku i nie wiedzieć czy na pewno będę w niej dobrze wyglądać (bo jak możesz to stwierdzić skoro nie możesz jej zmierzyć?). Byłam też we Wrocławiu w salonie PaPanna, ale tam również tylko straszne rozczarowanie, ponieważ polskie projektantki, które podziwiam i kocham najszczerszą miłością nie miały mi nic do zaoferowania. Poczułam się wtedy trochę tak jakby mnie ktoś zdradził :(  Ostatecznie w dzień poszukiwania sukni poszłyśmy z mamą na lody. I jeśli pomyślałaś czytając ten post „schudnij” to nie mam żadnej ciętej riposty oprócz „sama se schudnij” (jednak jestem pewna, że niemiłe dziewczyny nie czytają mojego bloga, wnoszę to po średniej niemiłych klientek które mi się trafiają czyli ZERO ;) ).

 

A jaką suknie w końcu kupiłam? 

Taką, o której nawet nie marzyłam! Jest w Polsce projektantka sukni ślubnych, która jest prawdziwą czarodziejką. Nazywa się Sylwia Kopczyńska i słynie ze swoich przepięknych wielkich tiulowych spódnic. Właśnie te spódnice mnie totalnie onieśmieliły. Bałam się, że jestem za duża do nich i będę wyglądać jak olbrzymia, puszysta beza. A jednak jest  w tych Kopczyńskich Tiulach jakaś tajemnica. Moje odwiedziny w jej warszawskim salonie wyszły dość spontanicznie. Byłam akurat na konferencji dla fotografów ślubnych i pojechałam do salonu z koleżankami, które miały akurat z Sylwią do obgadania swoje sprawy. Oczywiście zostałam namówiona do zmierzenia sukien, które wpadły mi w oko. I kiedy w przymierzalni myślałam że już mam wybraną tę jedyną, Pani, która pomagała mi w przebieraniu przyniosła jeszcze suknię, w której według niej będę wyglądać super. I wiecie co? Muszę tej Pani przynieść jakieś dobre czekoladki na moją przymiarkę, bo nie wiem jak ona to zrobiła  zgaduję, że to jej doświadczenie i profesjonalizm ale przyniosła mi suknię z moich snów, w której wyglądałam nieskromnie mówiąc rewelacyjnie! 

 

SHARE