Skoro już wypłakałam się Wam w poprzednim poście o trudnościach przy zakupie sukni (do przeczytania tutaj) to przyszedł czas na garść inspiracji.

Kiedy szłam na salony, rzeczywiście miałam otwartą głowę i nie wiedziałam co konkretnie mi się podoba. Jednak poprzeczka na idealną suknie ślubną była powieszona dość wysoko – moje Panny Młode mają zawsze bardzo oryginalne i piękne suknie, dlatego wiedziałam, ze to musi być coś na prawdę ekstra. Cieszę, się że trafiam na tak otwarte klientki, ponieważ są dla mnie ogromną inspiracją. Dzięki nim wiem, że po pierwsze: nie ma żadnych zasad co do wyglądu „ślubnego”, po drugie: musisz się sobie podobać. I tym tropem odkryłam, że dobrze się czuję kiedy mam odkrytą dużą część ciała i, że musi być to coś na prawdę oryginalnego.

Postawiłam na krótkie suknie, z dużymi dekoltami i vintage koronkami. Kiedy już obraziłam się na salony ślubne i wiedziałam że nie kupię tam „tej wymarzonej” (co ostatecznie jednak się wydarzyło :) ) Zaczęłam szperać w historii mody, aby zebrać jak najwięcej inspiracji dla krawcowej. Jedna z nich jest dość kontrowersyjna, ponieważ są to… suknie/stroje do burleski z lat ’30 i ’40. Kto by pomyślał – z wulgarnej estrady do kościoła. Żartuję… bierzemy ślub cywilny! ;)   Drugim tropem były suknie  z lat 1910-1915. Ostatecznie idealną suknią okazała się być suknia z filmu Titanic z 1953 roku, w wersji skróconej (podszewka krótka, koronka długa). Na szczęście długo nie musiałam się martwić skąd wezmę takie piękne koronki, ponieważ szybko znalazłam się w salonie Sylwii Kopczyńskiej i tam czekała na mnie jeszcze bardziej wymarzona kiecka. Chociaż chyba nie umiem ich ustawić w kolejności ideału.  Z chęcią bym się już Wam pokazała na zdjęciach z przymierzalni ale wolę nie ryzykować i zostawić ją jeszcze w sferze domysłów :D Powiem tyle: jest długa, kremowa, ma piękne tiule w groszki, rozporek prawie po samo biodro, cudny koronkowy gorset i śliczne ramiączka w kształcie motylków. Nie mogę się doczekać kiedy będę mogła się Wam pokazać ! <3

 

SHARE